2007-03-10 12:26
Za kilka miesięcy będę ekonomistką... Im bliżej tej chwili, tym mniej rozumiem z ekonomii. Kiedy sobie przypomnę mój stosunek do tego przedmiotu sprzed trzech lub czterech lat, pamiętam dokładnie to zafascynowanie wynikające z przekonania, że ekonomia może wszystko wyjaśnić i na wszystko poradzić. Później zaczęłam studiować socjologię i zrozumiałam co to znaczy, że ekonomia jest nauką społeczną. Jest nauką o ludziach, zatem nie może być racjonalna z samej swej istoty. Jeżeli prawa ekonomiczne wynikają z sumy działań milionów lub miliardów ludzi, to czy mogą być racjonalne i naukowe? Czy tłum ludzi może być racjonalny? Każdy kto choć trochę zastanawiał się nad mechanizmami rządzącymi tłumem nie może przyznać, że są to mechanizmy racjonalne. Mimo takich zastrzeżeń ludzkość uznała, że ekonomia jest racjonalną nauką, która (pozostając w duchu oświecenia) może dać nam szczęście. Czy tego chcemy, czy nie musi dać nam szczęście. Jeżeli zaś to, co ona nam daje, nie uważamy za szczęście, to znaczy, że nie nadajemy się do życia według jej praw. Zatem w ogóle się nie nadajemy do jakiegokolwiek życia, bo czy jest jakieś życie poza społeczeństwem i jego ekonomicznymi prawami. Jest tylko jedno wyście z tej sytuacji - otwarta wojna. Możesz być tylko entuzjastycznym ekonomistą lub niedojrzałym alterglobalistą. Jeżeli zaś jesteś pośrodku, jesteś przegranym. Może to brzmi trochę zbyt kategorycznie. Wydaje mi się jednak, że jeżeli nie jesteś po jednej z dwóch stron barykady, nie masz żadnej ideologii, za pomocą której mógłbyś wyjaśnić swój BRAK sukcesu. Entuzjastyczny karierowicz jest totalnym przegranym jako człowiek, ale ma swoją karierę, jakiś azyl, który daje mu poczucie własnej wartości. Z drugiej strony entuzjastyczny alterglobalista jest totalnym przegranym jako człowiek nowej ery globalizacji, ale ma swoją ideę, coś co nadaje sens wszystkim społecznym niepowodzeniom. Teraz pomyślmy o człowieku, który zostaje pośrodku. Nie ma swojej kariery, bo podważa jej sens, ale jednocześnie nie ma swojej idei, która nadałaby ogólne znaczenie temu zaprzeczeniu. I co zostaje? Tacy ludzie są po prostu życiowymi nieudacznikami, bo nic im się nie udało osiągnąć. Wynika z tego, że największym osiągnięciem w życiu człowieka jest przede wszystkim podążanie za jakąś ideą. Życie bez idei jest zawsze przegrane w społecznym wymiarze. Często zadaję sobie pytanie dlaczego ludzie nie mogą żyć po prostu, bez idei, dlaczego nadaje się jej takie znaczenie, tworzy się z niej istotę ludzkiego życia. Nie masz swojej idei - nie masz czym uzasadnić swoich działań - nie masz celu w życiu. Czy taka zależność naprawdę istnieje, czy to tylko ludzka potrzeba nadawania znaczeń swoim działaniom? Oczywistym jest, że ludzie za pomocą idei nadają ogólnoludzki sens swojemu życiu, utożsamiając się w ten sposób z jakąś mniej lub bardziej realną wspólnotą. Otwartym pozostaje jednak pytanie, czy ci, którzy nie mają swojej idei muszą pozostawać na przegranej pozycji.
Komentarze (3)
Kategoria
Boli mnie ŚWIAT



